1,5-metrowy tasiemiec wypełzł z ciała 30-latka. Żył jeszcze po opuszczeniu organizmu

W sierpniu ubiegłego roku lekarze ze szpitala w kalifornijskim Fresno przyjęli mężczyznę, który na oddział ratunkowy przyjechał z tasiemcem... w plastikowej torbie. Szczegóły tego zdarzenia wyszły na jaw dopiero niedawno, kiedy dr Kenny Bahn opowiedział o nich w jednym z wywiadów radiowych. Przerażony 30-latek zgłosił się do Community Regional Medical Center, gdzie skarżył się na pasożyty. Przyznał, że codziennie spożywa sashimi z surowym łososiem, przez co ma problemy z żołądkiem i krwawe biegunki. W trakcie z jednego takich ataków zauważył coś bardzo niepokojącego. Na początku myślał, że z jego ciała wychodzą jelita. "Moje wnętrzności ze mnie wychodzą!" - powtarza słowa swojego pacjenta dr Bahn. "Podniósł to coś, spojrzał na nie, a ono zaczęło się ruszać" - dodaje medyk. Pasożyt, który dosłownie wypełzł z ciała 30-latka, miał 1,67 metra długości. Kiedy mężczyzna owijał go wokół rolki papieru toaletowego i chował do torby, tasiemiec jeszcze się wił. Prawdopodobnie zdechł w trakcie transportu. Ratownicy medyczni podali mężczyźnie tabletkę na odrobaczanie i odesłali do domu. "Po wszystkim pacjent na zawsze wyrzekł się sushi" - relacjonuje lekarz. W ubiegłym roku Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków podała, że larwy tasiemca mogą występować w rybach pochodzących z Oceanu Spokojnego.

półtorametrowytasiemieczdrowiechoroba

20-latka w ciele dziecka ma jedno marzenie. Chce znaleźć miłość [WIDEO]

Zespół Hallermanna-Streiffa to choroba, na którą cierpi 20-letnia Michelle Kish. Przypadłość ta sprawiła, że dorosła już kobieta nadal wygląda jak dziecko. Wszystko to z powody niskiego wzrostu, niewielkiej ilości włosów i twarzy, która nie przypomina osoby w jej wieku. Jenak mimo wielu przeciwności, z którymi Michelle zmaga się od urodzenia, dziewczyna ma marzenia, które chce zrealizować. Pragnie w przyszłości zostać pediatrą i w ten sposób pomagać dzieciom. Jej największym marzeniem jest znalezienie prawdziwej miłości. Michelle bardzo głęboko wierzy, że uda jej się znaleźć chłopaka, który ją szczerze pokocha. "Uwielbiam w niej to, że ma naprawdę wysokie poczucie własnej wartości. Uwielbia siebie i jest bardzo pewna. Każdy kolejny dzień jest dla niej powodem do zadowolenia. To ona pociesza mnie, a nie ja ją" – mówi mama Michelle w rozmowie z BBC.

20latkawcieledzieckachorobamarzenia

Oddała włosy na peruki dla chorych na raka dzieci. Szkoła odizolowała ją od rówieśników!

14-letniej Niamh Baldwin (na zdjęciu) nie jest obojętny los dzieci chorych na nowotwór. Nastolatka postanowiła oddać im to, co dla dziewczyn w jej wieku jest szczególnie ważne - swoje włosy. Pewnego dnia ogoliła głowę i przekazała wszystkie włosy angielskiej organizacji charytatywnej Little Princess Trust, która dostarcza i finansuje wysokiej jakości peruki wykonane z prawdziwych włosów dla dzieci, które straciły je w wyniku leczenia raka (chemioterapii) lub innych chorób. Piękny gest 14-latki nie spodobał się nauczycielom z Mounts Bay Academy - szkoły, do której uczęszcza. O tym, jak potraktowali oni Niamh, poinformowała w emocjonalnym wpisie jej matka, Anneka. "Słucham właśnie, jak Niamh gra na gitarze i śpiewa i myślę sobie, jakie to szczęście być jej mamą. Jest najsilniejszą, najodważniejszą i najbardziej niezwykłą osobą, jaką znam" - rozpoczyna swój wpis. Dalej przedstawia szczegóły sprawy. "Usłyszała, że jej włosy muszą być o centymetr dłuższe, niż obecnie, żeby mogła uczęszczać na lekcje z rówieśnikami! Niamh zawsze miała świetne relacje zarówno z rówieśnikami, jak i z nauczycielami, którzy zawsze bardzo chwalili ją i to, jaka jest grzeczna i wrażliwa. Czy fryzura miałaby to zmienić? To zwyczajna dyskryminacja!" - napisała wyraźnie poruszona. Wicedyrektor Mounts Bay Academy, Les Hall, powiedział, że Niamh została usunięta "na krótki czas", ponieważ jej wygląd był "denerwujący i mylący dla pewnej liczby uczniów i personelu". Rodzice dziewczyny mieli nie poinformować o pomyśle córki. Gdyby to zrobili, nauczyciele doradziliby jej alternatywne sposoby pomocy. Dyrektorka szkoły, Sara Davey, dodatkowo zaznaczyła, że wszyscy uczniowie powinni być świadomi regulaminu placówki, od którego nie ma odstępstw, nawet w tak wyjątkowych przypadkach jak ten Niamh. Żeby uczęszczać na lekcje i spędzać czas z rówieśnikami, nastolatka musi zakrywać ogoloną głowę szalem - do czasu aż jej włosy osiągną regulaminową długość. Postępowanie szkoły, według Anneki, izolowało i izoluje jej córkę od koleżanek i kolegów. Co sądzicie o postępowaniu szkoły?

izolacjazawłosydlachorychszkołachoroba

Od 65 lat żyje w "żelaznym płucu". Spędza w nim niemal każdą minutę!

70-letni Paul Alexander z Dallas w Teksasie (na zdjęciu) niemal każdą minutę spędza dziś w maszynie zwanej "żelaznym płucem", która jest swego rodzaju respiratorem i pozwala mu normalnie oddychać. Mężczyzna jest na nią "skazany", gdyż w wieku 6 lat zachorował na polio (wirus polio wywołuje chorobę Heinego-Medina, która jest ostrą chorobą zakaźną prowadzącą do całkowitego paraliżu ciała). Sparaliżowany od szyi w dół jest jedną z ostatnich osób, które przeżyły jego epidemię w latach 50. w Stanach Zjednoczonych (dziś przed zarażeniem chronią nas szczepionki). Mimo przeraźliwej diagnozy Paul starał się żyć jak jego rówieśnicy - udało mu się m.in. ukończyć studia prawnicze i przez kilka lat reprezentować swoich klientów w sądach. Wraz z wiekiem czas spędzany w nietypowej maszynie wydłużał się, więc musiał zrezygnować z pracy. Wciąż jednak odbiera telefony i pisze, nie używając rąk. Tylko jeszcze dwie inne osoby na świecie wiedzą, co znaczy "być więźniem 'żelaznego płuca'". Dla Paula najgorszy był 2015 rok. Wtedy okazało się, że pozwalające mu żyć urządzenie zaczyna się psuć, a jego producent w 2004 roku zrezygnował z serwisowania. Dzięki głośnemu apelowi opublikowanemu w serwisie YouTube znalazł się ktoś, kto od tego czasu dba o jego sprawne funkcjonowanie. Chociaż wielu z nas wprost nazwałoby 70-latka kaleką, on wcale tak o sobie nie myśli. "Nie jestem niepełnosprawny, nie jestem ograniczony. Jestem kaleką - według większości ludzi, ale nie według mnie. Doświadczyłem w życiu tego, co ty, doświadczyłem nawet więcej. Nazywam się Paul Alexander i jestem człowiekiem" - mówi. Więcej na temat Paula i jego choroby znajdziecie w poniższych materiałach.

życiewżelaznympłucumedycynachoroba

7-letnia Matylda chce ratować chorego na białaczkę tatę. Z pomocą przyjaciół nagrała wzruszający spot [WIDEO]

7-letniej Matyldzie z Krakowa nie w głowie zadania domowe czy zabawy z rówieśnikami. Wszystkie jej myśli krążą wokół ukochanego taty, 47-letniego lekarza, który miesiąc temu dowiedział się, że jest chory na białaczkę... Dziewczynka, odkąd poznała straszną diagnozę, nie próżnuje i całym sercem angażuje się w znalezienie dla niego dawcy szpiku. By jak najwięcej osób dowiedziało się o tym, że może pomóc, wraz ze znajomymi taty i swoimi przyjaciółmi nagrała wzruszający spot, o którym mówi dziś cała Polska. "Chciałabym, żebyście kiedyś poznali mojego tatę - Roberta. On teraz jest bardzo chory na białaczkę. A kocham go z całego, z całego, z najcalszego serca. Proszę, zostańcie dawcami szpiku" - słyszmy w nagraniu. Poza spotem przygotowana została także strona internetowa www.tatamaraka.pl, z której można dowiedzieć się m.in. o rejestracji dawców czy metodach przekazywania szpiku. Najważniejsza jest jednak informacja o Wielkiej Akcji Ślinienia Patyczków, która odbędzie się w dniach 2-3 grudnia w krakowskich centrach handlowych (Factory, Serenada, CH Zakopianka), a także w Forum Przestrzenie. Wtedy, a także od 4 do 8 grudnia w centrach medycznych Medicover, wolontariusze będą zachęcać do zarejestrowania się w bazie Dawców Komórek Macierzystych Szpiku (DKMS), czyli jak mówi nazwa akcji - do poślinienia patyczka i wypełnienia formularza. Tak jak zaznacza Matylda, można uratować życie nie tylko jej tacie, ale także sobie i innym. Śladem niezwykłej 7-latki zachęcamy Was do przyłączenia się do tej akcji!

wzruszającyapelsiedmiolatkidzieckochoroba

W tej restauracji posiłki przygotowywali zarażeni wirusem HIV. Chcieli obalić mity narosłe wokół ich przypadłości

Mimo że tyle naokoło mówi się na temat wirusa HIV (tylko w naszym kraju statystycznie trzy osoby dziennie dowiadują się, że są jego nosicielami), wiedza na temat sposobów jego rozprzestrzeniania się wciąż jest niewystarczająca. Z tego powodu zarażeni muszą codziennie zmagać się z wieloma krzywdzącymi stereotypami, jakie narosły wokół ich przypadłości. O przykłady nietrudno. Wielu uważa, że pocałunek z zarażonym, jego kichnięcie czy podanie mu ręki sprawi, że wirus od razu zaatakuje. Tak nie jest - nie przenosi się on bowiem przez ślinę, mocz, kał, łzy, pot czy dotyk! Na początku listopada w Kanadzie przeprowadzono internetowy sondaż na temat HIV i osób seropozytywnych. Tylko połowa Kanadyjczyków stwierdziła m.in., że zjadłaby obiad przyrządzony przez zarażonego tym wirusem. Casey House, ośrodek i szpital zajmujący się chorymi, postanowił zmienić to podejście. W tym celu, w Toronto, pojawiła się na dwa dni restauracja June’s HIV+ Eatery, w której posiłki serwowało 14 seropozytywnych kucharzy (na zdjęciu). "Nie jestem kucharzem z HIV, jestem kucharzem" - można było przeczytać na fartuchu jednego z nich. Akcja okazała się prawdziwym sukcesem - zarezerwowanie u nich stolika było prawie niemożliwe! Po takim powodzeniu przedsięwzięcia można liczyć na to, że wkrótce znów o podobnej restauracji usłyszymy. Może także w Polsce... Czy wybralibyście coś z jej menu? Szczerze sobie na to pytanie odpowiedzcie.

kucharzezHIVjedzeniechoroba

Zaparkowała na miejscu dla niepełnosprawnych, bo miała do tego prawo. Jej samochód oklejono obraźliwymi napisami

Nieuprawnione parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych i nieuprawnione posługiwanie się kartą parkingową dla nich przeznaczoną jest karane mandatem i punktami karnym. Przypadek studentki Lexi Baskin, o którym rozpisują się zagraniczne serwisy, pokazuje, że zdarzyć się mogą sytuacje, kiedy niesłusznie oskarży się kogoś o to wykroczenie. Lexi cierpi na nowotwór układu nerwowego, tzw. wyściółczaka. Po usunięciu guza przechodzi radioterapię, która powoduje u niej zawroty głowy i zmęczenie. Prawo w tej sytuacji pozwala jej na korzystanie z miejsc parkingowych dla niepełnosprawnych, dlatego wielkim zaskoczeniem dla dziewczyny było to, co zobaczyła na swoim samochodzie po powrocie z biblioteki. Jej pojazd pokryty został kartkami z obraźliwymi napisami. "Wstydź się!", "Nie niepełnosprawny, po prostu leniwy" - przeczytała. Z jednej z kartek dowiedziała się też, że jest samolubną i okropną osobą. Na Facebooku postanowiła opisać to, co ją spotkało i tym samym zaapelować do wielu, którzy zbyt pochopnie oceniają ludzi. "To, że czegoś nie widać, nie znaczy, że dana osoba tego nie czuje. Tylko dlatego, że wyglądam normalnie przez dwie minuty spaceru od samochodu do sklepu, nie znaczy, że nie walczę z rakiem i nie przechodzę radioterapii. Nie proszę o współczucie, lecz o uświadomienie sobie tego, że każdy zmaga się ze swoimi problemami, o których możecie nie wiedzieć. Bądźcie mili dla ludzi. Sprawiajcie, że będą płakać ze szczęścia, nie ze smutku." - napisała. Jej post spotkał się z ogromnym odzewem. Okazało się, że wielu zmaga się z tym samym, co ona. Może dzięki jej historii zmieni się podejście chociaż kilku osób.

pozorniezłeparkowaniechorobanadrogach

Nieuleczalnie chory 9-latek obchodzi święta w listopadzie, bo może nie doczekać Gwiazdki

Jacob Thompson to 9-latek, który cierpi na neuroblastomę czwartego stopnia. Jego rodzice usłyszeli na początku października, że ich synowi został miesiąc życia. Aby uczynić go możliwie jak najradośniejszym dla chłopca, postanowili, że zorganizują Święta Bożego Narodzenia w listopadzie. Gwiazdka to ulubiony czas w roku małego Jacoba, dlatego jego mama, Michelle Simard robi wszystko, by spełnić ostatnie życzenie dziecka. Na pośrednictwem mediów społecznościowych i CNN prosi, by wysyłać 9-latkowi kartki świąteczne. "Dostał pocztówki na Halloween, a gdy otwierał listy, zachowywał się jakby dostawał prezenty. Czytał je nam, a na jego twarzy gościł wielki uśmiech. Był podekscytowany tym, co ludzie mają mu do powiedzenia, to poprawiło mu nastrój na cały dzień" - mówi ojciec chłopca, Roger Guay. Ulubionymi zwierzętami Jacoba są pingwiny, dlatego kartki z ich motywem dają mu najwięcej radości. Jeśli chcecie przesłać 9-latowi świąteczne życzenia, w linkach zamieszczonych poniżej znajdziecie więcej informacji o całej akcji oraz adres, na który możecie wysyłać kartki.

christmasdzieckochoroba

Ma 32 lata i mierzy jedynie 121 centymetrów. Poważna choroba nie przeszkodziła jej jednak w zostaniu tancerką!

32-letnia Tiffany Geigel z Nowego Jorku od urodzenia zmaga się z rzadką chorobą genetyczną zwaną zespołem Jarcho-Levina (do tej pory opisano na świecie około 130 jej przypadków). To śmiertelne schorzenie charakteryzuje się widocznymi wadami kości, kręgosłupa i żeber m.in. niskim wzrostem, krótką szyją i niewielką klatkę piersiową, w której ledwo mieszczą się płuca. Kiedy chorzy oddychają, czują ucisk, a nawet najmniejszy kaszel jest dla nich ogromną udręką. Rzadko dożywają późnego wieku... Tiffany, która z powodu choroby mierzy jedynie 121 centymetrów, dzielnie znosi codzienne przeciwności z nią związane, a co najważniejsze - spełnia swoje marzenia, dając przykład innym chorym, że mogą działać na każdym polu, jeśli tylko tego chcą. W wieku 3 lat rodzice zapisali ją na zajęcia tańca. Bardzo szybko stał się on dla niej nie tylko terapią, dzięki której jej samopoczucie się poprawiało, ale przede wszystkim życiową misją. Kiedy koleżanki narzekały na ból po treningach, ona czuła się coraz lepiej. Z biegiem czasu stała się w tańcu mistrzynią. Lista jej osiągnięć jest naprawdę długa! Od 2009 roku występuje w amerykańskiej wersji programu "You Can Dance - Po prostu tańcz", tańczy także na wielu innych scenach, jest aktorką, modelką i nauczycielką. Swoim uczniom daje cenne wskazówki, jak pokonać ból i osiągać kolejne cele. Jest w tym świetna! W 2018 roku ma ukazać się jej książka pod tytułem "Piękno Tiffany", której treść z pewnością zapewni wszystkim czytelnikom potrzebną motywację. Jesteśmy pod wrażeniem jej umiejętności i hartu ducha! Trzymamy za nią kciuki!

tancerkazchorobąkobietachoroba

Miała zaledwie 8 lat, gdy wykryto u niej raka piersi. Dwa lata po mastektomii jest "cichą inspiracją" dla tysięcy!

Październik to miesiąc walki z rakiem piersi. W tym czasie nie tylko mocno apeluje się do kobiet, by regularnie wykonywały badania profilaktyczne, ale również przywołuje się historie tych, które w swoim życiu wiele przez nowotwór wycierpiały, a których zmagania mogą dać nadzieję i siłę do walki wszystkim chorym. Dla wielu inspiracją jest 10-letnia dziś Chrissy Turner ze Stanów Zjednoczonych, u której w wieku zaledwie 8 lat lekarze zdiagnozowali rzadką odmianę raka piersi (prawdopodobnie jest najmłodszą osobą, która zapadła na tę chorobę). Nowotwór dziewczynki miał podłoże genetyczne - mama Chrissy w przeszłości zmagała się z rakiem szyjki macicy, natomiast tata z chłoniakiem. Diagnoza dla całej rodziny była szokiem, jednak nie zwlekano z leczeniem i już miesiąc później 8-latka przeszła operację usunięcia prawej piersi. Od tego czasu co trzy miesiące pojawia się w szpitalu na kontroli (zabieg rekonstrukcji piersi przejdzie w wieku 15 lub 16 lat). Dziś wszystko wskazuje na to, że rak został pokonany! Annette Turner, mama dziewczynki, podkreśla w wywiadach, że jej córka stała się "cichą inspiracją" dla tysięcy chorych! Chociaż Chrissy jest nieśmiała to często uczestniczy w wydarzeniach, których celem jest zwiększanie świadomości na temat raka piersi i sposobów jego leczenia. "To doświadczenie nauczyło mnie, jak iść naprzód i nigdy się nie poddawać. Przez mój rak dowiedziałam się, jak ważna jest rodzina i że powinniśmy cieszyć się każdą sekundą tego życia (...) Ważne jest byśmy wiedzieli,, co się dzieje z naszymi ciałami niezależnie od wieku" - mówi.

walkadziewczynkizrakiempiersidzieckochoroba

Napoje energetyczne pozostawiły dziurę w jego czaszce. W chwili narodzin syna walczył o życie

O tym, jak niebezpieczne może być nadmierne spożywanie napojów energetycznych mówi się zdecydowanie za mało. Kobieta o imieniu Brianna postanowiła to zmienić i podzieliła się z internetową społecznością tym, jak uzależnienie od kofeiny próbowało zniszczyć jej rodzinę. Kiedy Brianna i jej mąż Austin spodziewali się dziecka, kobieta dowiedziała się, że jej partner trafił do szpitala. Od teściowej usłyszała jedynie, że miał wypadek. "Po dwóch godzinach drogi do szpitala dowiedziałam się, że mój mąż, ojciec mojego dziecka, człowiek, którego kocham, miał krwotok mózgu. Dlaczego? Lekarze powiedzieli mi, że to tragiczne zdarzenie spowodowane było nadmiernym spożyciem napoju energetycznego - nawykiem, jaki Austin wyrobił sobie, kiedy zaczął więcej pracować" - wspomina Brianna. Mężczyzna przeszedł wiele operacji i został pozbawiony części czaszki. Miał dwa udary, napady padaczkowe i obrzęk mózgu. Kiedy na świat przyszedł syn Brianny i Austina, mężczyzna pozostawał w śpiączce. "Chciałam, by Austin wspólnie ze mną przeżył ten wielki moment. Miał być przy mnie. Miał trzymać moją dłoń. Miał przeciąć pępowinę. Planowaliśmy razem powitać naszego synka na świecie" - kontynuuje emocjonujący wpis na Facebooku Brianna. Dwa miesiące po dniu, w którym para stała się rodzicami, wydarzył się cud. Austin obudził się, poznał swoje dziecko. Jak przyznaje młoda mama, życie tej rodziny nie jest jednak normalne. Bezustannie muszą walczyć o zdrowie i życie Austina. Ich historia ma uświadomić, jak z pozoru niewinne napoje potrafią zniszczyć wspólną przyszłość.

apelrodzicówchorobarodzina

Lady Gaga wyznała, że cierpi na nieuleczalną chorobę. Dzięki niej wielu po raz pierwszy usłyszało o tej przypadłości!

Już 22 września na Netfliksie swoją premierę będzie miał dokument pod tytułem "Gaga: Five Foot Two", który przybliża sceniczną i prywatną stronę Lady Gagi. Zwiastun produkcji Chrisa Moukarbela, która pokazywana jest już na festiwalach (jej zapowiedź znajdziecie w drugim poniższym linku), wywołał niemałe zamieszanie, gdyż można zobaczyć na nim zmagania piosenkarki z tajemniczą chorobą - fibromialgią. Ta nieuleczalna, reumatyczna przypadłość powoduje chroniczny ból mięśni i stawów. Towarzyszą mu uczucie zmęczenia, wrażenie sztywności, bezsenność, zaburzenia pamięci czy depresja, a na ciele pojawiają się miejsca szczególnie wrażliwe na ucisk. Gaga postanowiła podzielić się swoją chorobą ze światem, by "zwiększyć świadomość na jej temat i zintegrować ludzi, którzy na nią cierpią". Nie ma jednego sposobu leczenia fibromialgii - terapia musi być dostosowana indywidualnie do każdego pacjenta. U jednych sprawdza się leczenie farmakologiczne, innym z kolei pomagają bardziej niekonwencjonalne metody jak na przykład krioterapia. Z powodu choroby piosenkarka zmuszona była odwołać zaplanowany na 15 września koncert w Rio de Janeiro w ramach światowej trasy "The Joanne World Tour". "Brazylio, jestem załamana, bo nie będę w stanie pojawić się na festiwalu 'Rock in Rio'. Dla was zrobiłabym wszystko, ale muszę zająć się teraz własnym ciałem. Proszę o wsparcie i zrozumienie, obiecuję, że wrócę i wystąpię wkrótce. Bardzo was przepraszam i kocham z całego serca" - napisała na Instagramie obok zdjęcia z kroplówką. W komentarzach prócz życzeń powrotu do zdrowia można przeczytać, że wielu po raz pierwszy usłyszało o tej chorobie. Gaga odniosła więc zamierzony skutek. Dołączamy się do życzeń fanów i trzymamy kciuki za powrót na scenę!

fibromialgiaLadyGagimuzykachoroba

Z szpitala psychiatrycznego na światowe wybiegi. Supermodelka z Polski otwarcie o swojej chorobie

Karolina Cleo Ćwiek jest modelką pochodzącą z Polski, która zafascynowała nie jedną międzynarodową agencję. Obecnie pracuje w Nowym Jorku, gdzie doceniono jej talent i niecodzienną urodę. Zanim jednak dziewczyna trafiła na światowe wybiegi mody i okładki kolorowych magazynów, usłyszała diagnozę choroby, która będzie towarzyszyć jej do końca życia. "Zmieniłam się całkowicie od kiedy wyszłam ze szpitala psychiatrycznego. To tak jakbym cały czas nosiła w sobie jajko, które było zupełnie nijakie, niepewne i żadne, z którego dopiero wtedy wykluła się osoba. Diagnoza zmieniła mnie na lepsze" - mówi Cleo. Modelka cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, która w jej przypadku objawiała się stanami depresyjnymi i maniami. Chociaż temat problemów psychicznych nadal należy do sfery tabu, według Światowej Organizacji zdrowia dotykają one ponad 360 milionów (!) osób na całym świecie. Cleo jest jedną z nielicznych, która o chorobie nie boi się mówić otwarcie. W swoich filmach (linki znajdziecie w materiałach zamieszczonych poniżej) opowiada o codzienności osoby chorej i tego, jak wyglądała jej droga do zaakceptowania depresji. Zapytana o swój największy sukces, Cleo odpowiada: "Największe sukcesy w leczeniu choroby psychicznej są dla niechorujących ludzi rzeczami zupełnie normalnymi - na samym początku to, że udaje ci się przetrwać kolejny dzień jest nie lada wyczynem".

problemypsychicznechorobamodelling

Chorują na rdzeniowy zanik mięśni. Skaczą ze spadochronem, żeby spełnić swoje marzenia i zebrać pieniądze na leki!

SMA to choroba genetyczna powodująca obumieranie neuronów w rdzeniu kręgowym. Zabiera ona mięśnie, siły, oddech... Cierpiący na nią nie mogą chodzić, często z jej powodu umierają. Jednak SMA nie musi oznaczać końca marzeń, nie musi przekreślać planów na przyszłość. Chociaż wielu po usłyszeniu diagnozy nie może się z nią pogodzić, są tacy, którzy starają się dać im nadzieję i siłę do walki. W znakomity sposób robi to Podniebna Drużyna Fundacji SMA, grupa ludzi z otwartymi sercami, która powstała, by pomagać chorym i przyspieszyć dla nich proces dostępu do lekarstw. Fundacja organizuje różnego rodzaju akcje, podnosząc świadomość na temat choroby i zbierając fundusze na badania nad lekami. Od kilku miesięcy producent leku na SMA zamierza podawać go grupie trzydziestu dzieci w Polsce. Starsi chorzy nie będą mieli do niego dostępu. Akcją "Skok od leku" Podniebna Drużyna Fundacji SMA zwróciła uwagę na sytuację tych, którzy nie mają na niego szans. Jednak w ich działaniach chodzi też o coś więcej. O marzenia. Marzenia podopiecznych. Wraz z nimi skaczą ze spadochronem z aż 4000 metrów! To nad ziemią czują jak piękne jest ich życie mimo choroby. Wy też możecie wesprzeć ich w walce o zdrowie i pomóc spełnić kolejne wielkie marzenia. Zbiórka internetowa prowadzona jest na https://www.siepomaga.pl/podniebnadruzynafundacjisma . Pomożecie?

PodniebnaDrużynaFundacjiSMAchorobaekstremalnie

Przez rzadką chorobę orgazmy są dla niej utrapieniem. "Cała rodzina myślała, że jest dziwką"

O PGAD słyszało niewielu. Zespół uporczywego podniecenia genitalnego jest jednak zmorą sporego grona osób. Ta niestety nieuleczalna choroba wprowadza organizm w stan ciągłego podniecenia seksualnego. Cierpiące na nią osoby albo osiągają wielokrotne orgazmy (nawet 300 razy na dobę), które dają bardzo krótkie uczucie pewnego rodzaju ulgi, albo nie osiągają ich wcale, sprawiając, że chory wielokrotnie masturbuje się, próbując zaznać niemożliwej przyjemności. Ciała będące w ciągłym podnieceniu są spuchnięte i obolałe. PGAD uniemożliwia wykonywanie normalnych czynności - chorzy nie podejmują pracy, boją się wyjść z domu, by nie zostać wyszydzonym przez tłum. O zespole uporczywego podniecenia genitalnego wprost mówi zmagająca się z nim od lat 23-letnia Amanda McLaughlin z Michigan. Zanim została zdiagnozowana lekarze podejrzewali u niej uzależnienie od seksu. Niektórzy jej objawy traktowali jako błahostkę. "Jako nastolatka ciągle się masturbowałam. Robiłam to zdecydowanie więcej niż moi rówieśnicy. Czułam, że coś jest nie tak. Kiedy mówiłam innym, że wciąż czuje potrzebę uprawiania seksu, nikt nie brał tego na poważnie" - mówiła w jednym z wywiadów. W jej przypadłość trudno uwierzyć było także jej matce. "Cała rodzina myślała, że jest dziwką, a ja uważałam ją za hipochondryczkę. Uważałam, że udaje" - przyznaje kobieta. Choroba wywołała u 23-latki także depresję. Na szczęście może jednak liczyć dziś na wparcie rodziny i ukochanego. Jej historia pokazuje, że nie można oceniać ludzi, nie wiedząc, jaka jest ich historia.

wykańczająceorgazmykobietachoroba

Adoptuje chore dzieci, by otoczyć je miłością w ostatnich dniach ich życia. "Żadne dziecko nie powinno umierać w samotności"

"Żadne dziecko nie powinno umierać w samotności" - tą dewizą kieruje się w swoim życiu Cori Salchert, matka ośmiorga dzieci. Kobieta adoptuje nieuleczalnie chore maleństwa, by dać im miłość i bezcenny dar posiadania rodziny, zanim odejdą. Pierwsze niemowlę, jakie w 2012 roku przygarnęła pod swój dach, miało dwa tygodnie i tylko jedną półkulę mózgu. Dziewczynka została porzucona przez biologiczną matkę, a lekarze nie dawali jej żadnych szans na przeżycie. Cori wraz z mężem Markiem adoptowali dziecko i ochrzcili imieniem Emmalynn. Przeżyli wspólnie 50 dni. Emmalynn zmarła w ramionach rodziców. "Wiem, że nie cierpiała, nie była sama" - mówi Cori. Dwa lata później do ich domu trafił czteromiesięczny Charlie, który urodził się z poważną wadą mózgu. "Od lat chciałam zajmować się dziećmi, które mają choroby długoterminowe jak Charlie lub krótkoterminowe jak Emmalynn" - opowiada kobieta. "To błogosławieństwo być częścią życia tych dzieci, mieć możliwość ulżyć im w cierpieniu, opiekować się i kochać, mimo że w swoim stanie nie mogą nawet odwdzięczyć się uśmiechem". Swoje powołanie odnalazła po tragicznej śmierci jedenastoletniej wówczas siostry, która wskutek niedopatrzenia pracownika domu opieki utopiła się. Cori wraz z mężem prowadzą Dom Nadziei, w którym otaczają miłością śmiertelnie chore dzieci, opuszczone przez rodziców biologicznych. Robią wszystko, by w ostatnich dniach nie zabrakło im troski.

DomNadzieichorobarodzicielstwo

Przekonała sąd, że produkt od Johnson & Johnson wywołał u niej raka. Firma musi zapłacić jej 417 mln dolarów odszkodowania!

U Evy Echeverrii, 63-letniej mieszkanki Kalifornii, w 2007 roku zdiagnozowano nowotwór jajników. Kobieta słysząc o przypadkach zachorowań na raka po stosowaniu kosmetyków znanej na całym świecie firmy kosmetycznej Johnson & Johnson, powiązała swój nowotwór z jednym z produktów tego koncernu, który stosowała nieprzerwanie od 11. roku życia. Mowa o talku do pielęgnacji okolic intymnych "Johnson's Baby Powder" uważanym dotąd za łagodny, niepowodujący żadnych skutków ubocznych produkt do codziennego stosowania. Eva pozwała firmę, zaznaczając w pozwie, że rak rozwinął się u niej jako "bezpośredni rezultat nieracjonalnie niebezpiecznej i wadliwej natury talku". Jako dowód, jej prawnik, Mark Robinson, przedstawił nie tylko dokumentację medyczną swej klientki, ale także dokumenty pokazujące, że firma wiedziała, że kosmetyk może być rakotwórczy i ukrywała tę informację przed opinią publiczną. Eva podkreśliła, że gdyby Johnson & Johnson zawarł na opakowaniu swego produktu informację o ryzyku zachorowania, natychmiast przestałaby go stosować. Niestety nic takiego nie znalazło się w opisie szkodliwego talku... Na początku tygodnia sąd przyznał Amerykance rację. Koncern musi zapłacić jej gigantyczne odszkodowanie w wysokości 417 milionów dolarów! To nie pierwszy raz, kiedy kobieta pozwała Johnson & Johnson, wskazując na szkodliwość ich produktów (cztery z pięciu takich postępowań zakończyły się zarządzeniem wysokich odszkodowań). Firma w sprawie Evy zapowiedziała już apelację.

gigantyczneodszkodowaniepieniądzechoroba

Ma zaledwie 10 lat, a waży 90 kilogramów! Rzadka choroba powoduje, że jest nieustannie głodny!

Dane dotyczące otyłości wśród dzieci są alarmujące. Narastający problem nie dotyczy jednak tylko naszego kraju, chociaż według danych w 2015 roku polskie 11-latki były grubsze od swoich rówieśników z Europy czy USA, a z badań WHO - COSI (European Childhood Obesity Surveillance Initiative) z tego roku wynika, że aż jedna trzecia ośmiolatków w Polsce ma nadwagę lub otyłość. Najczęściej na otyłość mają wpływ brak ruchu i złe nawyki żywieniowe. Jednak czasem to poważna choroba powoduje, że dziecko jest grubsze od dzieci w swoim wieku... Tak jest w przypadku 10-letniego Cadena Benjamina z prowincji Mpumalanga leżącej w Republice Południowej Afryki. Chłopiec mimo swojego młodego wieku waży aż 90 kilogramów! Ogromną nadwagę powoduje u niego rzadka choroba genetyczna zwana zespołem Pradera-Williego. Cierpiące na nią osoby (szacuje się, że jest ich około 20 tysięcy na świecie) są nieustannie głodne i potrafią zjeść wszystko, nawet papier toaletowy czy resztki jedzenia z podłogi (inne objawy zespołu Pradera-Williego to niski wzrost czy niedorozwój narządów płciowych). Caden spożywa posiłki co godzinę, mimo że lekarze alarmują, że musi przejść na dietę, bo inaczej umrze. Nadmiar tłuszczu już spowodował u niego ogromne zmiany w organach wewnętrznych m.in. chłopiec musi oddychać przez rurkę umieszczoną w tchawicy. Z powodu swojego wyglądu cierpi też na depresję. Jego matce brakuje pieniędzy na lekarstwa, ledwo wiąże koniec z końcem. Więcej na temat historii Cadena znajdziecie w pierwszym poniższym linku.

90kilogramowychłopiecdzieckochoroba

Kobieta zmarła 10 dni po ugryzieniu przez kota. Winny kleszcz

"Szczyt zachorowań na boreliozę jeszcze przed nami" - mówi kierownik Oddziału Epidemiologii w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach. Badania przeprowadzone na przyniesionych do śląskich laboratoriów kleszczach dowodzą, że co trzeci przenosi choroby zakaźne. W Japonii natomiast doszło do przypadku transmisji rozwijającej się choroby odkleszczowej z innego gatunku ssaka na człowieka. Jak podaje Japońskie Ministerstwo Zdrowia, to prawdopodobnie pierwszy taki przypadek na świecie. Anonimowa 50-latka zmarła po ugryzieniu bezdomnego kota, któremu chciała udzielić pomocy. Na jej ciele nie było śladu ukąszenia przez kleszcza. Czworonóg natomiast był zainfekowany bardzo rzadkim wirusem powodującym odkleszczowy zespół trombocytopenii. Po wystąpieniu niepokojących objawów takich jak wysoka gorączka, wymioty i biegunka, Japonka udała się do szpitala. Lekarze byli bezsilni. Kobieta zmarła po 10 dniach od ugryzienia przez kota.

śmiertelneugryzieniezwierzętachoroba

Chory na raka mózgu 12-latek odmówił chemioterapii. Sąd poparł jego decyzję

12-letni David z Holandii cierpi na raka mózgu. W zeszłym roku chłopiec przeszedł operację, w trakcie której lekarze usunęli mu guza, a następnie poddali go trwającej sześć tygodni radioterapii. Kolejnym krokiem w walce z nowotworem miała być pięciotygodniowa chemioterapia, której zastosowanie miało zwiększyć jego szanse na przeżycie do 80 procent (lekarze oszacowali, że bez niej 12-latek ma jedynie 50 procent szans). David, ze względu na możliwość wystąpienia skutków ubocznych, nie wyraził jednak zgody na tego typu leczenie. W maju sąd rejonowy w mieście Alkmaar w północno-zachodniej Holandii przychylił się do stanowiska chłopca, orzekając, że nie można go zmuszać do chemioterapii. Od tej decyzji odwołał się ojciec Davida. Mężczyzna twierdził, że wpływ na decyzję syna mogła mieć jego matka, z którą jest rozwiedziony. Twierdził, że jego była małżonka jest zwolenniczką medycyny alternatywnej i mogła przekonać chłopca do tego typu metod leczenia. Sąd w Amsterdamie po ponownym rozpatrzeniu sprawy 12-latka podtrzymał jednak wyrok ogłoszony przez sąd w Alkmaar. Po wysłuchaniu biegłego psychiatry stwierdził, że David podjął racjonalną decyzję i należy jego wolę uszanować. Czy jednak pozostawianie tak poważnej decyzji zaledwie 12-letniemu chłopcu jest odpowiedzialne?

bezchemioterapiidzieckochoroba