Napoje energetyczne pozostawiły dziurę w jego czaszce. W chwili narodzin syna walczył o życie

O tym, jak niebezpieczne może być nadmierne spożywanie napojów energetycznych mówi się zdecydowanie za mało. Kobieta o imieniu Brianna postanowiła to zmienić i podzieliła się z internetową społecznością tym, jak uzależnienie od kofeiny próbowało zniszczyć jej rodzinę. Kiedy Brianna i jej mąż Austin spodziewali się dziecka, kobieta dowiedziała się, że jej partner trafił do szpitala. Od teściowej usłyszała jedynie, że miał wypadek. "Po dwóch godzinach drogi do szpitala dowiedziałam się, że mój mąż, ojciec mojego dziecka, człowiek, którego kocham, miał krwotok mózgu. Dlaczego? Lekarze powiedzieli mi, że to tragiczne zdarzenie spowodowane było nadmiernym spożyciem napoju energetycznego - nawykiem, jaki Austin wyrobił sobie, kiedy zaczął więcej pracować" - wspomina Brianna. Mężczyzna przeszedł wiele operacji i został pozbawiony części czaszki. Miał dwa udary, napady padaczkowe i obrzęk mózgu. Kiedy na świat przyszedł syn Brianny i Austina, mężczyzna pozostawał w śpiączce. "Chciałam, by Austin wspólnie ze mną przeżył ten wielki moment. Miał być przy mnie. Miał trzymać moją dłoń. Miał przeciąć pępowinę. Planowaliśmy razem powitać naszego synka na świecie" - kontynuuje emocjonujący wpis na Facebooku Brianna. Dwa miesiące po dniu, w którym para stała się rodzicami, wydarzył się cud. Austin obudził się, poznał swoje dziecko. Jak przyznaje młoda mama, życie tej rodziny nie jest jednak normalne. Bezustannie muszą walczyć o zdrowie i życie Austina. Ich historia ma uświadomić, jak z pozoru niewinne napoje potrafią zniszczyć wspólną przyszłość.

apelrodzicówchorobarodzina

Młoda matka zasnęła obok noworodka. Kiedy się obudziła, dziecko już nie żyło

23-letnia Lauren Jordan oraz jej o rok młodszy partner Kieran Jones z Crowborough (Anglia) stracili dziecko 3 lipca 2017 roku. Ich synek Harrison miał zaledwie 12 dni. Teraz postanowili opowiedzieć swoją historię. Mają nadzieję, że dzięki temu inni rodzice nie popełnią ich tragicznego w skutkach błędu... 3 lipca Lauren przeniosła małego Harrisona z dziecięcego łóżeczka do łóżka, które współdzieliła z Kieranem. Jak każda młoda matka, chciała być blisko dziecka. Zmęczona zasnęła jednak, zanim położyła noworodka do kołyski. Kiedy obudziła się po kilku godzinach, jej syn już nie żył. Para od razu wezwała pomoc i do przyjazdu karetki pogotowania próbowała odratować noworodka, chociaż jego kolor skóry, jak relacjonuje Lauren, dowodził najgorszego. "Wiedziałam, że nie oddycha. Nie był ciepły, ale nie był też zimny" - mówi 23-latka. Dr Al-Adrani stwierdził, że Harrison zmarł "z niewyjaśnionych przyczyn w okresie niemowlęcia". Nie wykluczył jednak, że dziecko zostało ściśnięte przez śpiących rodziców, a ciepłota ich ciał mogła niebezpiecznie podwyższyć temperaturę ciałka chłopca. Niewątpliwie był to wypadek, przed którym rodzice chcą przestrzec inne pary. "Powinniśmy mówić o tym głośno, żeby zapobiegać podobnym tragediom w przyszłości" - mówi zrozpaczona matka.

apelrodzicówdzieckorodzicielstwo

Opublikowali zdjęcie z martwym dzieckiem. Chcą przestrzec przed chorobą, która odebrała im syna

To zdjęcie przedstawia 8-miesięcznego Harry'ego, który umiera na rękach rodziców. Jego ciałko przejawia skutki choroby - chłopiec jest spuchnięty i cały w ciemnych plamach. Louise i John Done opublikowali w sieci bardzo prywatne fotografie, aby zwiększyć świadomość innych rodziców dotyczącą tragicznych skutków choroby, która odebrała im dziecko. Harry został odłączony od aparatury utrzymującej funkcje życiowe zaledwie dzień po tym, jak rozpoznano u niego zapalenie opon mózgowych. Infekcja zdążyła już poważnie uszkodzić jego mózg. Pierwsze objawy nie wskazywały na nic groźniejszego od zwykłego przeziębia. Więcej na ten temat znajdziecie w linkach poniżej. Uwaga! Zdjęcia są naprawdę szokujące.

apelrodzicówchorobarodzicielstwo

Młodzi rodzice myśleli, że to nic poważnego. Kiedy lekarze zobaczyli ciało dziecka, byli w szoku

Mały Archie przyszedł na świat w lipcu 2016 roku. Dla jego rodziców Josha Robertsa i Katelyn Galei był spełnieniem marzeń. Szczęśliwe życie rodziny przerwała choroba malca, gdy Archie miał pięć miesięcy. Kiedy chłopiec zaczął cierpieć na ból ucha, rodzice myśleli, że to nic poważnego. Ich przypuszczenia miał potwierdzić pediatra - lekarz początkowo zakładał, że to tylko zapalenie ucha. Archi jednak czuł się coraz gorzej, a na jego ciele zaczęły pojawiać się dziwne plamy. Po dotarciu rodziców do szpitala okazało się, że mały cierpi na śmiertelną infekcję meningokokową. Para Australijczyków zaczęła walkę o życie synka. Maluszek spędził w szpitalu kilka miesięcy. Potrzebował transfuzji krwi, karmienia przez rurkę, podpięcia do respiratora i kosztownych antybiotyków. Joshowi i Katelyn za pośrednictwem strony GoFundMe i dzięki wsparciu darczyńców udało się zebrać trzykrotnie większą kwotę potrzebną na leczenie chłopca. Teraz apelują do innych młodych rodziców, aby nie lekceważyć żadnych, nawet pozornie błahych, objawów choroby dzieci.

apelrodzicówdzieckochoroba