Adoptuje chore dzieci, by otoczyć je miłością w ostatnich dniach ich życia. "Żadne dziecko nie powinno umierać w samotności"

"Żadne dziecko nie powinno umierać w samotności" - tą dewizą kieruje się w swoim życiu Cori Salchert, matka ośmiorga dzieci. Kobieta adoptuje nieuleczalnie chore maleństwa, by dać im miłość i bezcenny dar posiadania rodziny, zanim odejdą. Pierwsze niemowlę, jakie w 2012 roku przygarnęła pod swój dach, miało dwa tygodnie i tylko jedną półkulę mózgu. Dziewczynka została porzucona przez biologiczną matkę, a lekarze nie dawali jej żadnych szans na przeżycie. Cori wraz z mężem Markiem adoptowali dziecko i ochrzcili imieniem Emmalynn. Przeżyli wspólnie 50 dni. Emmalynn zmarła w ramionach rodziców. "Wiem, że nie cierpiała, nie była sama" - mówi Cori. Dwa lata później do ich domu trafił czteromiesięczny Charlie, który urodził się z poważną wadą mózgu. "Od lat chciałam zajmować się dziećmi, które mają choroby długoterminowe jak Charlie lub krótkoterminowe jak Emmalynn" - opowiada kobieta. "To błogosławieństwo być częścią życia tych dzieci, mieć możliwość ulżyć im w cierpieniu, opiekować się i kochać, mimo że w swoim stanie nie mogą nawet odwdzięczyć się uśmiechem". Swoje powołanie odnalazła po tragicznej śmierci jedenastoletniej wówczas siostry, która wskutek niedopatrzenia pracownika domu opieki utopiła się. Cori wraz z mężem prowadzą Dom Nadziei, w którym otaczają miłością śmiertelnie chore dzieci, opuszczone przez rodziców biologicznych. Robią wszystko, by w ostatnich dniach nie zabrakło im troski.